niedziela, 6 maja 2018

12

przez kolejny tydzień, o dziwo, wszystko idzie jak z płatka. Harry decyduje się na najmniej forsujące zajęcia w studiu Paese Joga, jakie może znaleźć, Alicja powoli zmienia swoją postawę z fałszywej przyjaznej przez mniej złowrogą aż po szczerze neutralną, a Timothée uśmiecha się do Harry'ego tyle razy, że trudno zliczyć.
w środę zaś, przed kursem hathajogi dla średnio zaawansowanych, kiedy Harry łapie Timothée'ego za nadgarstek i pyta; "to całe rozciąganie strasznie pobudza apetyt, co powiesz na jakąś małą przekąskę po lekcji?", Timothée prezentuje mu w odpowiedzi swoje dołeczki wraz ze słowami; "zależy, jak dobrze spiszesz się na zajęciach, panie Styles".
najwidoczniej Harry potrzebuje właśnie takiej zachęty, żeby wykazać mocno niezdrową ambicję, że zgodnie ze swoją naturą już od małego nie mógł oprzeć się nieoczekiwanym wyzwaniom i zawsze należał do tych, którzy sami ściągali na siebie kłopoty, usiłując zaimponować najładniejszym omegą w klasie.
 Styles, nawet o tym nie myśl. – zapowiada Timothée ze swojego tradycyjnego miejsca, gdzie pokazuje właśnie pilnym adeptom tajniki pozycji żurawia, a Harry, co nie powinno być żadnym zaskoczeniem, wykorzystuje moment jego nieuwagi i mimo wyraźnego ostrzeżenia próbuje Bakasany.
jeszcze mniejszym zaskoczeniem okazuje się to, że zamiast przybrać pozę żurawia, tylko go niechcący zapuszcza  bardzo brutalnie i gwałtownie – pomiędzy klepki na wyfroterowanym parkiecie studia.
ostatnią rzeczą, jaką pamięta, jest widok wściekłej, pobladłej ze strachu twarzy Timothée'ego, jego zaciśniętych ust, wpatrzonych w siebie wielkich oczu i ostry dźwięk głosu, mówiącego: "coś ty sobie wyobrażał, do diabła?!"

niedziela, 29 kwietnia 2018

11

nieszczęście chce, że utkana głównie z euforii chmurka, na której Harry wypłynął po niedzielnych zajęciach ze studia jogi, rozwiewa się w poniedziałek rano i ujawnia ukryty pod sobą sporą i mało przyjemny problem. droga do pracy kolejny raz okazuje się być imponującym aktem samodyscypliny, ale po dotarciu na miejsce Harry nawet nie próbuje nawet siadać przy biurku, tylko organizuje małą prywatną armię złożoną z nowych pracowników i nakazuje jej przemeblować swój pokój.
akcja toczy się nader sprawie, dopóki po przerwie obiadowej nie pojawia się Liam, zestresowany i zdezorientowany. zatrzymuje się w progu jak wryty, a jego widzenie z odwrotnej perspektywy przymrużone oczy wyglądają jeszcze gorzej niż zwykle.
 Styles, co to ma do diabła znaczyć?
 i co? jak ludzie od Krafta przyjęli projekt? pozytywnie?  odzywa się Styles najswobodniejszym tonem na świecie.
 są zdania, że sugerowany przez nas sposób odgryzania sera za bardzo kojarzy się z seksem.  odpowiada Liam odruchowo, zanim przypomina sobie o zadanym wcześniej pytaniu.  Harry, co ty wyprawiasz, do jasnej cholery?
– istnieją przepisy prawne, które nakazują ci jako pracodawcy przystosować miejsce pracy dla osób o specjalnych potrzebach. – mówi Styles.
Payne rozgląda się dookoła i patrzy na zaimprowizowany projektor, który rzuca na sufit obraz z ekranu komputera, na stos poduszek pod plecami Harry'ego, na jego nogi ułożone wysoko na krześle przy biurku, na zrolowaną i wetkniętą pod kark marynarkę, na klawiaturę spoczywającą płasko na jego brzuchu, na przewód od myszy ciągnący się od ustawionego w najbliższym kącie peceta.
– to najgorsze, najbardziej destrukcyjne miłosne zauroczenie, jakie ci się kiedykolwiek przytrafiło. – oświadcza Payne.  już chyba wolałbym, żebyś znów siał zamęt w szeregach naszych pracowników.
Harry wzdycha.
– fakt, to byłoby na pewno znośniejsze i mniej bolesne dla moich pleców, ale niestety Ashton ostatnio zmienił strategię i postanowił zatrudnić samych brzydkich nudziarzy. no, może z wyjątkiem Nialla, ale on z kolei udaje bardzo kiepsko, że jest zbyt religijny, żeby iść ze mną do łóżka przed ślubem. 
 brzydota i przynudzanie jeszcze nigdy nie stanowiły dla ciebie przeszkody w robieniu z naszych ludzi materacy.  zauważył Payne w zamyśleniu.  tutaj chodzi o coś innego.
 szanowny panie Payne!  skrzeczy oburzony Harry.  proszę sobie nie wyobrażać. nawet ja mam pewnie standardy.
Liam, kompletnie niewzruszony, puszcza jego uwagę mimo uszu.
 czy to możliwe, że wzięło cię na serio z Timothée'm?  zastanawia się na głos.
 nie wydaje mi się, żeby biuro było właściwym miejscem na tę rozmowę  ucina Harry, bo wolałby raczej siedzieć przez okrągłą godzinę w pierdolonej pozie gołębia, niż dyskutować o swoich uczuciach z cholernym Liamem Payne'm.  czuje się skrajnie molestowany.
w tym momencie Ashton zagląda przez uchylone drzwi i patrzy na Harry'ego ze ściągniętymi brwiami.
 słuchaj.  zaczyna kategorycznym tonem.  czy ty byłeś wczoraj na lekcji jogi dla omeg w ciąży?

piątek, 20 kwietnia 2018

10

w piątkowe wieczory studio paese joga jest zamknięte, z kolei w weekendy oferuje otwarte kursy na wszystkich poziomach zaawansowania, prowadzone przez innych mniej interesujących instruktorów, o ile wierzyć grafikowi na stronie internetowej. Harry, który ma swoje dojścia, dzwoni do Alicji, ta zaś po paru minutach wstydliwego flirtu popełnia zdradę tajemnicy służbowej i wyznaje, że Lem zachorował i Timothée przejmuje jego zajęcia, a po chwili z radością wpisuje Harry'ego na listę uczestników, bo jeśli już dopuszcza się podobnej zbrodni wobec swojego miejsca pracy, czyni to z rozmachem.
tak przynajmniej zakłada Harry, dopóki nie pojawia się w leniwe niedzielne popołudnie na rzeczonym kursie, prawie zrezygnowany po wysiłkach ostatniego tygodnia, i stwierdza, że jest otoczony przez dobre pół tuzina, ironicznie uśmiechniętych ciężarnych omeg.
– wiszę Alicji dwadzieścia dolarów  odzywa się jedna z nich, osóbka o słodko różowych policzkach, za to wyraźnie złośliwym charakterku.  zaklinałem się na wszystkie świętości, że nie uda jej się tu ciebie zwabić.
Harry nie może wyjść z podziwu.
– a to podła żmija  przyznaje wreszcie, bo tak wygląda prawda o podstępnej, ale zdumiewającej Alicji.
– wiesz co  mówi jedna z omeg, poddając go dokładnym oględzinom (Harry nie może się opanować i wypina dumnie pierś, bo przynajmniej on jedyny zdaje się doceniać jego starannie dobrany, przełamany agresywnie męskim stylem strój do jogi, a poza tym jest przepiękny)  prezentujesz się o wiele, wiele atrakcyjniej niż ci inni.
Harry odchrząkuje.
 ci inni?  pyta.
– nie jesteś pierwszym, który próbuje zdobyć Timothée'ego, chodząc na jego kursy. tłumaczy kolejna omega, wyróżniająca się wąskimi wargami, marchewkowym kolorem włosów i silnie piegowatą skórą. ma na sobie niewiarygodnie obszerną koszulkę i jest na oko w setnym miesiącu ciąży.  ale przypuszczalnie należysz do tych bardzo mało subtelnych, za to kompletnie bezwstydnych.
 szczerze ci dziękuje, kochanie.  odpowiada Harry i łypie na niego ponuro. już zamierza szukać drogi ucieczki, kiedy słyszy za plecami głos Timothée'ego:
 jezu chryste, ty chyba żartujesz?
sześć gotowych do rozrodu omeg spogląda na niego z oczekiwaniem, co wystarcza za motywację, by sprostać sytuacji. Harry przywołuje na usta wielki bezczelny uśmiech i obraca się na pięcie w stronę Timothée'ego, który wygląda jeszcze bardziej prześlicznie niż zwykle. jego włosy są zmierzwione, kręcona grzywka wpada mu do oczu, policzki znaczą rumieńce, a ciało okrywały luźne spodnie i koszulka z ThunderCats.
 skarbie, jesteś. nareszcie.  mówi i rzuca Timothée'emu lubieżne spojrzenie.
– fakt, nareszcie. nareszcie mam uzasadniony powód, żeby cię wyrzucić z zajęć odpowiada Timothée, a kącik jego ust wędruje do góry w sposób, który wzbudza w Harrym pragnienie wynajęcia penthouse w jakimś hotelu, żeby móc pieprzyć Timothée'ego przypartego do sięgającego od podłogi do sufitu okna.  ten kurs jest przeznaczony wyłącznie dla ciężarnych.
Harry trzepocze rzęsami.
 oh, Timothée, wnioskuje z twoich słów, że słuchy jeszcze do ciebie nie dotarły. otóż zostałem okrutnie wykorzystany i porzucony w odmiennym stanie.
usta Timothée'ego drgają ponownie, a Harry wzbogaca swoje hotelowe mrzonki o fontannę drogiego szampana, półmisek truskawek i jedwabne prześcieradła.
 ten ktoś zachował się mało przyzwoicie.  Timothée pozwala sobie na podjęcie gry.
Harry czuje się dogłębnie wstrząśnięty, bo chociaż wyobrażał go sobie w najróżniejszych wydaniach, jeszcze nigdy nie przyszedł mu do głowy Timothée, który mógłby się z nim bawić.
– nie masz pojęcia skarbie.  wzdycha, walcząc z wewnętrznych drżeniem.  i jak ja sobie teraz poradę w roli samotnego rodzica?
stojący obok niego chłopak wybucha śmiechem, a Timothée mruży oczy z czymś, co wygląda autentycznie jak rozbawienie, potrząsa głową, wymija Harry'ego i podąża do swojego stałego miejsca na przodzie sali, wołając przez ramię:
 w takim razie powinienem zrobić dla ciebie choć tyle i pozwolić ci wsiąść udział w zajęciach.
Harry zdążył nabrać przekonania, że omegi przychodzące do studia Timothée'ego to zatwardziałe, odporne na wszystko bestie, a te z wydętymi brzuchami okazują się potwierdzać jego założenie co do joty. joga prenatalna, nawet ta dla ciężarnych w ostatnim trymestrze, brutalnie atakuje jego plecy, co jest niepojęte, jako że Timothée nie przestaje nawijać o tym, jak te pozycje skupiają się na biodrach i pomagają je "otwierać".
kurs liczy jedną trzecią uczestników w porównaniu z normalnymi zajęciami, a Harry, ponownie i bardzo niechętnie wygięty w pieprzonego gołębia, nagle rozumie, dlaczego tak jest. Timothée podchodzi do każdego z przyszłych matek z osobna i ostrożnie, niemniej ze spokojną stanowczością, pomaga im skorygować pozycję. jego dłonie przesuwają się z prostotą po barkach i biodrach omeg. dotyk jest bardziej zdecydowany niż w przypadku zwykłych kursantów, cieplejszy, choć nadal precyzyjny. Timothée mówi też coś za każdym razem, a ciężarne  zna ich wszystkich po imieniu  odwracają się w jego stronę, korygują swoje pozy z przepraszającymi uśmiechami i opierają na nim ciężar swoich ciał. Harry widzi wybrzuszenie napiętych mięśni na szczupłych ramionach, kiedy Timothée pomaga Marcusowi udoskonalić jego pozycję trójkąta lub gdy łagodnie ustawia biodra Adamowi do wojownika II, a coś w prostej, naturalnej sile jego ruchów sprawia, że Harry'emu zasycha w ustach.
Harry był w swoim życiu na tyle szczęśliwy i jednocześnie pozbawiony sumienia, żeby beztrosko zaliczyć imponującą liczbą dobrych partnerów łóżkowych, ale nie pamięta, by kiedykolwiek zabiegał o kogoś tak niezawodnie solidnego jak Timothée, któremu sześć znajdujących się w pomieszczeniu omeg ufa do tego stopnia, że pozwalają mu dotykać boków swoich piersi i nabrzmiałych brzuchów i nie wątpią, że je złapie i przytrzyma, jeśli się zachwieją.
 powinieneś być znacznie lepszy od reszty, Panie Styles.  mówi Timothée z przyganą, odrywając się ku niebieskozielonej macie, na której ćwiczy Harry. krytycznym wzrokiem mierzy jego roztrzęsione jak sama cholera ardha chandrasana i klocek dygoczący pod lewą dłonią, obciążoną masą całego ciała. – na twoim etapie, kiedy jeszcze nic nie widać, utrzymywanie równowagi to pestka.
– sądzę, że w dużej mierze przyczyna tkwi w psychice  odpowiada Harry przez zaciśnięte zęby.
i do tego nigdy jeszcze nie pragnął kogoś tak okrutnie żądnego krwi.
– i chyba jest bardzo mocno zakorzeniona, skoro tak trudno ci się jej pozbyć burczy Timothée, a potem dodaje głośniej;  dokonam kilku poprawek w twojej pozycji, jeśli nie masz nic przeciwko?
w normalnych warunkach Harry miałby na podorędziu z tuzin spontanicznych, dwuznacznych aluzji, które mógłby wykorzystać w charakterze riposty, ale że teraz jest za bardzo skupiony na tym, żeby nie wywalić się na twarz i skompromitować na oczach stadka ciężarnych, wydaje tylko pomruk aprobaty.
 w porządku  mówi Timothée.
kładzie swoją ciepłą, otwartą dłoń w okolicy nerek Harry'ego i przesuwa nią przez plecy w dół na krzyż. drugą ręką obejmuje jego biodro i odciąga je do tyłu raz, potem drugi, dopóki ciało Harry'ego nie układa się w idealną poziomą linię, a mięśnie ud, ramion, barków i piersi nie odwrzaskują w gorącym proteście. Harry ledwo oddycha z wysiłku, jakiego wymaga od niego utrzymywanie pozycji.
 czujesz...  słyszy tuż przy swoim uchu.  jak otwierają ci się biodra?
 głównie.  zipie Harry z trudem.  to ja czuję ból.
Timothée parska cichym śmiechem.
– nie martw się. nie pozwolę ci upaść, w porządku? mówi, nie cofając rąk, a Harry myśli, och, do diabła, i wypuszcza powietrze w długim, roztrzęsionym oddechu, co sprawia, że jego kończyny podskakują dziko, tknięte jednym spastycznym skurczem.
ale w momencie, kiedy traci równowagę i już ma przewrócić się na matę, czuje za swoimi barkami szczupłe ręce Timothée'ego, które go wspierają, i to nakazuje mu instynktownie rozluźnić wszystkie mięśnie, co z jakiegoś niejasnego powodu pozwala dużo łatwiej zapanować nad układem ciała. 
– widzisz? – pyta Timothée. kiedy się odprężysz, odprężysz się w pozycję.
– prawdę mówiąc. – wyjaśnia Harry głosem drżącym z wysiłku. – wydaję mi się, że akurat w tej chwili odprężam się o ciebie.
Timothée znowu się śmieje i Harry żałuje, że nie dowierza swojemu zmysłowi równowagi na tyle, żeby odwrócić głowę i spojrzeć. tak bardzo chciałby wiedzieć, czy oczy Timothée'ego teraz błyszczą, czy pokazują mu się dołeczki w policzkach i czy odsłania zęby.
– dobrze, na razie wystarczy. – mówi Timothée, i wciąż z rękami na ciele Harry'ego, poleca: – a teraz przechodzimy w pozycję góry.
zajęcia pobiegają końca bez obligatoryjnych dwóch minut udawania trupa, ponieważ leżenie płasko na plecach zakończyłoby się tragedią dla tak brzuchowatych kursantów. zamiast tego zbijają się w gromadkę i siedzą przez chwilę ze skrzyżowanymi nogami  w atmosferze pozbawionej cichego uduchowienia, które Harry zna z innych lekcji. oczy wszystkich omeg kierują się ciekawe w jego stronę, kiedy Timothée zerka na zegarek i żegna się słowami:
– Harry, zachowaj się, proszę.
– po co te obawy? – odpowiada Harry. – przecież oni już są w ciąży. 
– więc? – pyta Ben z zainteresowaniem w zielonych oczach, gdy Timothée znika za drzwiami. – czym zarabiasz na życie?
Harry szczerzy zęby.
– reklamą najdroższy. pracuje w reklamie.  
Evan, ten o marchewkowych włosach, wydaje dźwięk dezaprobaty. – myślę, że dla Timothée'ego lepszy byłby ktoś z pewniejszym zawodem. lekarz, prawnik, może nauczyciel.
Mark kiwa głową porośniętą burzą sprężystych, czarnych jak noc sprężystych loków. – owszem. – mówi. –  ale mam wrażenie, że on go jakoś lubi.
Harry jest zachwycony.
– naprawdę tak uważasz?
– no wiesz. – tłumaczy Ben. – wyglądasz tak zachęcająco podejrzanie.
– to przez tatuaże – wyraża przypuszczalnie Mark, wskazując na jego pierś. –  i ten podkoszulek. sprawiasz wrażenie bandyty, który skrywa miękkie serce.
– czyli myślicie, że "bandyta skrywający miękkie serce" jest w typie Timothée'ego? – pyta Harry.
Adam o włosach ściągniętych w szaro-blond kok patrzy na niego pogodnym rozbawieniem.  – och, jestem całkowicie przekonany. – odpowiada, ale zanim Harry zdążą przemierzyć się do małego triumfalnego tańca, uzupełnia: – bo tak też wyglądało jego czterech ostatnich chłopaków.
– jeszcze nigdy nie zawędrowałem na tak radosne wyżyny tylko po to, by zostać zaraz brutalnie strącony na ziemię. – skarży się Harry z goryczą.
zły humor nie opuszcza go nawet w szatni, a potem pod prysznicem, gdzie onanizuje go gniewnie, i na koniec w recepcji podczas zwrotu maty. wciąż ma niemiłosiernie skwaszoną minę, kiedy Timothée pojawia się u jego boku i pyta: 
– co, już dokuczają ci zakwasy?
Alice rozsądnie nie odzywa się ani słowem, gdy Harry energicznie ciska długopisem o kontuar i podsuwa jej pod nos swoją kartę kredytową.
– to raczej nie powinno nikogo dziwić. – mówi opryskliwie i choć nie unosi wzroku, wyczuwa, że Timothée sztywnieje.
zapada długa cisza, w której Alice bardzo powoli i starannie zagłębia się w proces pobierania opłat. 
– jeśli cię coś naprawdę boli, to powinieneś mi o tym powiedzieć. – odzywa się wreszcie Timothée głosem spiętym od czegoś, czego Harry nie potrafi w tej chwili jednoznacznie określić.
spojrzenie, które Alicja rzuca Harry'emu spod rzęs, jest znacznie złowrogie, a chociaż przebieg transakcji na jej monitorze z pewnością został już potwierdzony, wciąż trzyma kartę w łapach niczym pazerna hiena i ani myśl jej oddać.
– nie wiedziałem, że cię to interesuje. – mówi Harry do Timothée'ego, a potem zwraca się do Alicji: – widzę, że transfer jest zakończony, więc chyba doczekam się jeszcze dziś zwrotu mojego Amexa?
a potem te same ręce, które jeszcze niedawno dotykały go z naturalną, solidną  pewnością, obracają nim ostro i zdumiony Harry gapi się w szeroko otwarte, czujne oczy Timothée'ego i jego zaniepokojoną twarz. Timothée przebrał się w butelkowozieloną koszulkę i jasne, opinające jeansy i jego nadal wilgotne włosy opadają krętymi kosmykami na czoło, na świeżo wyszorowanej skórze pojawił się rumieniec i Harry myśli, że jeszcze nigdy nie widział czegoś równie pięknego niż Timothée teraz, w tej właśnie chwili.
– gdzie cię boli? – pyta Timothée tonem tak opiekuńczym, że serce Harry'ego łomocze i zaczyna sobie wyobrażać Timothée'ego trzymającego ich dziecko w ramionach i kołyszącego je do snu. przesuwa dłońmi po jego ramionach; Harry nie wie, co chcę tam wymacać, jest jednak pewien, że od tego dotyku robi mu się gorąco, że budzi się w nim jakaś myśl, że okrutna i odruchowa zazdrość ściskająca mu żołądek zaczyna wyparowywać z niego jak poranna mgiełka unosząca się nad miastem. – jeśli to tylko nadwyrężone mięśnie, to nic ci nie będzie, ale jeśli ból jest długotrwały, muszę o tym wiedzieć.
Harry nie potrafi zapanować nad zuchwałym uśmiechem. – prawdę mówiąc, szczególnie obolały jestem między nogami...
– ja nie żartuję, Styles. – warczy Timothée, a na jego policzkach wykwitają ciemne plamki. – to nie jest śmieszne. musisz potraktować to serio, bo w innym razie dorobisz się poważnego urazu pleców...
Timothée ma tak zmartwioną i rozgniewaną minę, że Harry może jedynie złapać go za rękę, zamknąć je w swoich i szybko, szybciutko, tak by Timothée nie miał nawet szansy na niego krzyknąć, unieść je do ust i pocałować mocno zaciśnięte palce.
– och, skarbie, przepraszam... – mruczy, poruszając ciepłymi wargami po knykciach Timothée'ego. – byłem tylko zazdrosnym dupkiem.
– co? – prycha Timothée, ale nie wyszarpuje dłoni, więc Harry przytula do nich twarz, muska skórę Timothée'ego skrzydełkiem nosa, wzdychają zapach kremu Nivea i ignoruje dziki galop swojego serca, które zachowuje się jak u zakochanego uczniaka.
– zdaje się, że lubisz określony typ. – bąka Harry, bo zużył już całą swoją bezwstydność na kursie jogi prenatalnej i wszystko, co teraz wychodzi z jego ust, brzmi przerażająco. a może to tylko wpływ Timothée'ego, który sprawia, że Harry wpada w rytm i traci równowagę dosłownie, w przenośni i na wieki, wieków amen. – najwyraźniej umawiałeś się z mnóstwem wytatuowanych bandytów.
Timothée wzdycha w jego szyję.
– Anton był fizjoterapeutą, a nie bandytą.
zaszokowany Harry unosi brew.
– umawiałeś się z kim o imieniu Anton?
– a może mam słabość do takich imion? – odbija piłeczkę Timothée i uśmiecha się milutkim, mikroskopijnym uśmiechem. – nie wiedziałem, że twoje starania zaprowadzą cię aż tak daleko, panie Styles.
– Timothée, pół godziny temu wziąłem udział w zajęciach jogi dla ciężarnych. przypomina mu Harry. – z pewnością posunąłbym się dla ciebie do jeszcze głupszych rzeczy niż ten mały wybuch zazdrości.
spojrzenie, które dostaje w odpowiedzi, jest w zasadzie nie do opisania.  pełen nieoczekiwanej słodyczy i czegoś intymnego – i Harry czuje, że Timothée się poddaje, widzi jego odprężone barki i pojedynczy lok opadający na oczy.
– chyba zaczynam to dostrzegać. – słyszy cichy szept .
a wtedy Alicja, ta skończona gadzina, odchrząkuje i mówi:
– panie Styles? pańska karta kredytowa.
magia chwili ulatnia się w ułamku sekundy i nagle Timothée, znów opanowany jak zawsze, wysuwa dłonie z rąk Harry'ego.
– dobranoc, panie Styles. – żegna się i znika za drzwiami biura położonego za recepcją.
Harry krzywi się do Alicji i niezbyt delikatnie przechwytują kartę z jej palców.
– zrobiłaś to specjalnie.
– z zazdrością ci bardzo, ale to bardzo nie do twarzy. – kontruje Alicja kwaśno.
– gdy już urobię go na tyle, by wziął ze mną ślub, postaram się, żeby jeden z punktów naszej intercyzy obejmował wylanie cię z pracy.
Alicja patrzy na niego z bezbrzeżnym znudzeniem.
– tylko spróbuj.

piątek, 16 marca 2018

9

niesamowita radość płynąca z faktu przyciągnięcia do siebie rąk Timothée'a i, co ważniejsze, jego uwagi, rozwiewa się następnego ranka, kiedy Harry, rozłożony na łózko twarzą w dół, musi odbyć trzy rozmowy przez telefon, aby ogłosić swoją dzisiejszą niezdolność do pracy oraz przyznać się do porażki, szukając pomocy u profesjonalisty. na jego nieszczęście owym profesjonalistą jest Zayn.
– to niesamowite – stwierdza Zayn. – gdzieś ty się tak paskudnie urządził?
– naciągnąłem sobie mięśnie, a nie połamałem kości. – protestuje Harry, ale potrzebuje całej wieczności, żeby wyprostować się na kozetce.
– trudno się z tobą zgodzić, sądząc po tym, jak długo przebierałeś się do badania – mruczy Zayn.
przez kilka minut (albo godzin) bezlitośnie i rozdzierająco boleśnie obraca i szarpie barkami Harry'ego.
– i jak? pomogło trochę?  pyta w końcu.
Harry, który pozostawił piękny odcisk zębów na turkusowym obiciu kozetki ponad brzegami sterylnej papierowej podkładki, krzyczy:
– kurwa, nie do cholery, Zayn!
– trudno, ręce mnie rozbolały – odpowiada Zayn rzeczowo. – co powiesz na trochę trawki zamiast masażu?
i oto w ten sposób obaj lądują na dachu małego tętniącego życiem gabinetu Zayna  z licencją w dziedzinie akupunktury, akupresury, masażu oraz chiropraktyki w dzielnicy Louvre  i podają sobie na zmianę jointa wśród trzepotu powiewającej na wietrze szpitalnej koszuli Harry'ego.
– nie wiem czemu od razu nie przeszedłeś do tej metody leczenia  mówi Harry.
– mam dyplom medycyny i lubię udawać, że z niego korzystam.  odpowiada Zayn i zdejmuje spinkę z krawata, żeby użyć jej w charakterze szczypczyków do przytrzymywania niedopałka.
Harry decyduje, że zaciąganie się w ten sposób jest poniżej jego godności i wspaniałomyślnie pozostawia Zaynowi resztę pieprzonego skręta.
– masz dyplom z Cambridge, który postanowiłeś olać na rzecz medycyny dalekowschodniej.
Zayn rzuca mu spojrzenie z ukosa.
– a tragicznie uprzedzonej medycynie zachodniej wydaje się, że ma monopol na jedyny słuszny rodzaj leczenia i ignoruje całe wieki tradycji bardzo skutecznych metod niekonwencjonalnych...
– chryste  jęczy Harry – daruj sobie to kazanie.
Zayn szczerzy zęby.
– to co? powiedz mi, jak doprowadziłeś się do tak tragicznego stanu?
Harry przypala papierosa, zbyt odurzony błogim działaniem marihuany, żeby czuć jakieś szczególne przygnębienie.
– a czemu ja się nieustannie doprowadzam do tragicznego stanu?
– aaa – odgaduje Zayn. – Timothée.
– zawsze chodzi o Timothée'ego. – burczy Harry pod nosem.
– śmieszne – mówi Zayn i zabiera się za majstrowanie następnego blanta. – jak długo cię znam, od wspólnych lat na uniwerku aż po dziś, nigdy nie wyłeś typem, który się zbytnio angażuje.
Harry przechwytuje skręta, gdy tylko Zayn przypala jego czubek.
– uwierz mi – zapewnia, zaciągając się głęboko. – nikt nie jest bardziej zdziwiony tym faktem niż ja sam.
Harry zawsze był osobą lubianą, beztroską i niezwykle zręcznie unikającą zobowiązań, zarówno w sprawach zawodowych, jak i też uczuciowych, nic więc dziwnego, że zetknięcie z tak niewzruszonym, obdarzonym nieopartą mocą zapachu jak Timothée przypomniało zderzenie czołowe z powalająco pięknym i fascynująco sprężystym taborem kolejowym. Harry'emu nigdy nie brakowało kochanków, przyjaciół ani pracy, ale jeszcze w całym swoim pieprzonym życiu nie musiał wysilać się nad czymś do tego stopnia, jakby męczył się z jakimś węzłem goryckim, przy którym nie może przestać dłubać, choć czasami zdarzają mu się momenty rezygnacji i zaczyna umawiać się na pół-poważnie z innymi omegami, brać się za jakieś hobby albo rozważać przeprowadzkę do rodzinnej Anglii  i niezmiennie, nieuchronnie powraca do punktu wyjściowego.
– co za żal patrzeć, jak nisko stoczył się najsłynniejszy lekkoduch naszego pokolenia. – Zayn sili się na żałobny ton, ale nie wytrzymuje i parska śmiechem, odpierając Harry'emu jointa. – czy twoja matka wie?
ciałem Harry'ego wstrząsa dreszcz.
– chryste, weź ty się lepiej ugryź w język, Zayn.
– zakładam, że udało ci się utrzymać ją w nieświadomości, skoro Timothée nie dostał jeszcze do podpisania czegoś w rodzaju kontraktu określającego zakres obowiązków ziemiańskich, jaki czekają go w roli przyszłej wicehrabiny. – kontynuuje Zayn z ożywieniem, a Harry, zamiast odciąć się jakimś dowcipnym tekstem, podnosi z dachu odłamany kawałek betonu i ciska nim w przyjaciela.

sobota, 10 marca 2018

8

– nie ma mowy – oznajmia Timothée, kiedy Harry zjawia się wieczorem na jego kursie.
– jestem klientem, który płaci za usługi – wypomina Harry i rozkłada swoją matę, lekceważąc strzykanie w plecach. dzień spędzony na leżeniu plackiem na podłodze pomógł mu zregenerować siły i częściowo odzyskać mobilność. – nie sądzę, że możesz wyrzucić mnie z zajęć.
– mogę i to zrobię. – obiecuje Timothée i mrozi go wzrokiem z rękoma krzyżowanymi na piersi. kosmyki włosów opadają mu na twarz w rozbrajająco uroczy sposób, a koszulka, którą ma dziś na sobie, nosi napis "Akademia Sztuk Pięknych w Chicago". gdyby Harry nie wiedział, że dostanie za to w gębę, udałby, że mdleje z zachwytu. – poziom tego kursu znacznie przerasta twoje umiejętności.
Harry obdarza go najbardziej przymilnym ze swoich oślizgłych uśmiechów.
– no dalej, kochanie, to tylko małe, dziecinne proste rozciąganie. znacznie więcej wysiłku kosztuje mnie banalne ziewnięcie. – wyznaje.
– już za samo to zdanie – warczy Timothée – zaczniemy od pozycji gołębia.
– poradzę sobie z tym ptaszkiem. – mruczy Harry w odpowiedzi, bo prostu nie może się powstrzymać.
pozycja gołębia, co stwierdza jakiś czas później, nazywa się naprawdę eka pada rajakapotasana, albo, w tłumaczeniu na bardziej ludzki język, pozycja wymyślona w celu trwałego uszkodzenia kutasa.
jej punktem wyjściowym jest pies z głową w dół (Harry nie może uwierzyć, że Timothée tak efektownie wyssał całą radość z pozycji jednoznacznie kojarzącą się z seksem), a następnie uniesienie prawej nogi do wersji, którą Timothée określa jako "pies w rozkroku". Harry określiłby ją raczej jako "rozkraczony z bólu", ale zagryza zęby i cierpi w milczeniu, bo oczywiście dyrygujący nimi z przodu sali Timothée płynie poprzez kolejne ruchy, podobnie jak reszta owieczek na jego wieczornym kursie dla zaawansowanych hippisów, którzy prężą się od jednej perfekcyjnej pozycji do drugiej i utrzymującą bez najmniejszego drgnięcia mięśni, oddychając perfekcyjnie przez swoje pierdolone nozdrza.
dalsza część kursu nie zmierza lepszym kierunku. Timothée wydaj z siebie niezrozumiałe pomruki o treści nawiązującej do nazw różnych zwierząt i z wdziękiem demonstruje poszczególne układy. Harry może tylko starać się dorównać mu kroku, możliwe wiernie kopiować jego ruchy, jęczeć jak najciszej, ograniczyć do minimum drżenie rąk, nóg, pleców i brzucha i czekać, wciąż czekać na te cudowne momenty, kiedy Timothée krąży między nimi i koryguje ich pozycje z pozornie grzecznymi, niemniej druzgoczącymi komentarzami na ustach, a jeśli Harry ma dużo, ale to naprawdę dużo szczęścia, Timothée kładzie rękę na jego ramionach, łopatkach albo krzyżu, przyciska gorącą dłoń do jego torsu i mówi:
– tylko ostrożnie, panie Styles.

piątek, 2 marca 2018

7

okrutna prawda wygląda tak, że Harry rzeczywiście zniósłby mnóstwo upokorzenia, o ile tylko Timothée znalazłby się wreszcie pod nim gotowy, otwarty, dyszący i zarumieniony od piersi aż po koniuszki swoich cudownych białych kończyn. w ciągu tych dwóch lat, odkąd podjął pracę w firmie Payne & Payne, był wielokrotnie zapraszany do Ashtona i Liama na uroczyste kolejce z okazji bożego narodzenia i wielkiej nocy, i obserwował Timothée'ego kłócącego się z Liamem na temat sosu z borówek lub tego, czy dzieciom wolno otworzyć prezenty już w przeddzień świąt. cala sprawa zaczęła się, jak większość podobnych przygód w życiu Harry'ego, od iskry chciwej żądzy, lecz Timothée okazuje się jedną z tych niemożliwie skomplikowanych zagadek, które każą podejmować ciągle próby rozwiązania, w efekcie czego Harry kompletnie zatracił się w jej zawiłościach. chce wiedzieć, dlaczego ktoś, kto ze świetnymi wynikami skończył studia architektoniczne ze specjalizacją ilustracji technicznej, otwiera sobie cholerne studio jogi, zamiast pracować w swoim zawodzie. chce wiedzieć, jak Timothée poznał Ashtona i Liama, czemu uśmiecha się szeroko i otwarcie tylko do tak nielicznych osób i co Harry musi zrobić, żeby uśmiechnął się w ten sposób również do niego. Harry chce, żeby Timothée go lubił, żeby był wobec niego tak śmiesznie lojalny, jaki jest w stosunku do Liama i Asha, i żeby przychodził do niego na przyjęcia świąteczne bez przejmowania się szalejącymi na zewnątrz zamieciami, bo Harry go o to prosił. Harry jest dobry w tym, co robi, ponieważ zna się na ludziach, i to jedno natrętne podejrzenie nie daje mu spokoju; że Timothée zdobyty raz, jest zdobyty na zawsze, a Harry nie pamięta, żeby pragnął w swoim życiu kogoś z tak wielką desperacją jak właśnie jego.

poniedziałek, 26 lutego 2018

6

– oh, Styles. – twarz Ashtona pojawia się w polu widzenia nad jego głową; jego oczy błyszczą i promieniuje dziś wręcz znakomitym humorem.
reszta wczorajszego wieczoru po dziewięćdziesięciu minutach tortur psychoseksualnych w wykonaniu Timothée'ego (w pewnym momencie wygiął plecy w idealny mostek, a Harry o mało nie jęknął głośno na myśl o wszystkich innych rzęchach, do których Timothée byłby zdolny z tak giętkim ciałem) nie była wcale aż tak straszna. Harry wrócił do domu, połknął dwie aspiryny, zrobił sobie gin z tonikiem i zasnął, otoczony oceanem próbnych projektów. na nieszczęście osób, które musiały mieć z nim dziś do czynienia, ocknął się ze strużką śliny rozmazaną na jednym z kolorowych wydruków, czując się jak na wyciągu chirurgicznym, możliwe, że nawet trwale niepełnosprawnym, i boleśnie świadomy istnienia pokaźnej ilości grup mięśni, z istnienia których nie do końca zdawał sobie dotąd sprawę.
dokuczało mu nawet wgłębienie pod kolanami. jak do diabła, mogło mu się przytrafić coś podobnego?
do pracy dotarł o własnych siłach, to znaczy; napędzany potrójną dawką paracetamolu i kieliszkiem sherry, ale po kwadransie prób wytrzymania przy biurku w pozycji siedzącej zdecydował wreszcie, że to chrzani.
– witaj boginio. – mówi do Ashtona i podnosi wyżej notatnik ze spoczywającą na nim myszką, starając się odczytać tekst z odchylonego lekko w dół monitora peceta przez szklany blat swojego biurka. – w czym mogę ci dziś służyć?
Ashton sznuruje usta.
– Harry, czemu leżysz pod stołem?
– no cóż, okazało się, że kanapa odpada, bo przewód od myszy jest za krótki, więc wylądowałem tutaj  oświadcza Harry rzeczowo i usiłuje rozszyfrować wiadomość od jednego z klientów, która zapewne byłaby nieczytelna nawet wtedy, gdyby siedział przed ekranem i nie musiał zmagać się z odczytaniem jej treści z odległością metra.
 widzę, że powinienem potraktować Timothée'a serio, kiedy zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem i powiedział, że na jego zajęciach doprowadziłeś się do kalectwa.  wzdycha Ash. przykuca i otacza kolana ramionami, patrząc na Harry'ego za zmarszczonym czołem. – może wezwać lekarza?
Harry podciąga się na łokcie głównie dzięki mieszance siły woli i zranionej dumy.
 na serio, Ashtonie, twój najdroższy Timothée ma stanowczo zbyt wysokie mniemanie o sobie  drwi.  absolutnie nic mi nie dolega, jestem po prostu w dość horyzontalnym nastroju.
Ashton unosi brew.
 tak? więc mam mu zapowiedzieć, że zjawisz się u niego na kursie dziś wieczorem?
Harry zagryza wargę. a niech go szlak.
 naturalnie.  potwierdza z beztroską premedytacją. – zniósłbym znacznie gorsze rzeczy niż parę nadwyrężonych mięśni, byleby tylko móc zobaczyć Timothée'ego wyginającego się w tak kusząco nieprzyzwoity sposób.