kiedy Ashton zagląda do jego biura i pyta, co stało mu się w plecy, Harry'emu raczej nie wypada odpowiedzieć "och, to tylko ten nowy z graficznego". mówi więc:
– oh, to tylko stres, mój drogi.
Ash spogląda na niego w ten szczególny sposób, który sugeruje, że potrafi przejrzeć go na wylot, niemniej wycofuje się z progu jego pokoju z powolnym "aha" na ustach, pozostawiając po sobie obłok sceptycyzmu.
Harry spędza resztę dnia na leżąco, na używanej skórzanej kanapie, którą kazał sprowadzić za swojego ostatniego miejsca pracy do obecnego biura. jaskrawe światło wpadające przez oszkloną ścianę, dodatkowo wzmocnione lampami uniemożliwia mu czytanie papierów, które trzyma sobie nad głową, poza tym zaczyna doskwierać mu wyprostowane ramie. a tak w ogóle cały dzień jest do niczego i wcale nie staje się lepszy, kiedy uśmiechnięty Peter wpada do niego późnym popołudniem z chińskim jedzeniem na wynos i nadzieją na przytulny domowy wieczór w nie-aż-tak-ładnych brązowych oczach.
– słuchaj, to nie twoja wina, tylko moja – tłumaczy Harry, wciąż rozciągnięty płasko na kanapie. z tego punktu widzenia zasmarkana i zalana łzami twarz Petera wygląda jeszcze okropniej, fascynujące. – naprawdę to coś z tobą było urocze i bardzo specjalne, ale zasługujesz na kogoś lepszego niż ja. nasz związek nie jest możliwy.
– ty kurewski draniu. – syczy Peter i ciska mu prosto w nos jeszcze gorącym chow mein.
nieco później, kiedy Harry przegląda się ostrożnie w lustrze, czy mały wybuch Petera nie skończy się poparzeniem trzeciego stopnia, Ashton, całkowicie niewzruszony tabliczką "toaleta dla alf" wpada do środka i klnie jak szewc.
– non! – wrzeszczy na Harry'ego, celując w niego palcem, i nie zwraca najmniejszej uwagi na fakt, że na jego widok Nelson z redakcyjnego omal nie wykastrował się własnoręcznie w próbie błyskawicznego zasunięcia rozporka. – non, Styles. dość tego! jestem na ciebie cholernie wściekły!
Harry zastyga.
– ja nic nie zrobiłem. – oświadcza odruchowo.
– Peter ryczy w moim biurze! – drze się Ashton. na jego policzkach wykwitają czarujące, ciemnoczerwone rumieńce.
Styles przez chwilę odczuwa niewielkie wyrzuty sumienia.
– chryste... słuchaj, przepraszam. porozmawiam z nim. nie chciałem go zdenerwować.
– nic mnie nie obchodzi czy jest zdenerwowany – ciągnie Ash. za jego plecami przerażony Nelson zaczyna przemykać się pod ścianą w kierunku drzwi, co zdaniem Styles'a jest raczej żałosne, skoro podobne zajścia mają miejsce w firmie Payne & Payne przeciętnie raz w miesiącu. – Peter może sobie ryczeć ile chcę, bez końca i w ogóle bym się tym nie przejął, gdyby nie postanowił odejść i doszczętnie pozbawić nas wszystkiego co potrafi zrobić w InDesignie!
– no dobra – przyznaje Styles. to rzeczywiście wyjątkowo niezręczna sytuacja, skoro powodem, dla którego tak łatwo udało mu się uwieść Peter, były jego długie nadgodziny spędzone nad aktualnym projektem Styles'a. – no to ja teraz...
– ty teraz nie zrobisz nic. – przerywa mu Ashton groźnie. – nic poza staraniem się o nowe hobby. najlepiej takie, które nie obejmuje wykorzystywania naszych ludzi w charakterze pracowników twojego podręcznego burdelu.