sobota, 10 marca 2018

8

– nie ma mowy – oznajmia Timothée, kiedy Harry zjawia się wieczorem na jego kursie.
– jestem klientem, który płaci za usługi – wypomina Harry i rozkłada swoją matę, lekceważąc strzykanie w plecach. dzień spędzony na leżeniu plackiem na podłodze pomógł mu zregenerować siły i częściowo odzyskać mobilność. – nie sądzę, że możesz wyrzucić mnie z zajęć.
– mogę i to zrobię. – obiecuje Timothée i mrozi go wzrokiem z rękoma krzyżowanymi na piersi. kosmyki włosów opadają mu na twarz w rozbrajająco uroczy sposób, a koszulka, którą ma dziś na sobie, nosi napis "Akademia Sztuk Pięknych w Chicago". gdyby Harry nie wiedział, że dostanie za to w gębę, udałby, że mdleje z zachwytu. – poziom tego kursu znacznie przerasta twoje umiejętności.
Harry obdarza go najbardziej przymilnym ze swoich oślizgłych uśmiechów.
– no dalej, kochanie, to tylko małe, dziecinne proste rozciąganie. znacznie więcej wysiłku kosztuje mnie banalne ziewnięcie. – wyznaje.
– już za samo to zdanie – warczy Timothée – zaczniemy od pozycji gołębia.
– poradzę sobie z tym ptaszkiem. – mruczy Harry w odpowiedzi, bo prostu nie może się powstrzymać.
pozycja gołębia, co stwierdza jakiś czas później, nazywa się naprawdę eka pada rajakapotasana, albo, w tłumaczeniu na bardziej ludzki język, pozycja wymyślona w celu trwałego uszkodzenia kutasa.
jej punktem wyjściowym jest pies z głową w dół (Harry nie może uwierzyć, że Timothée tak efektownie wyssał całą radość z pozycji jednoznacznie kojarzącą się z seksem), a następnie uniesienie prawej nogi do wersji, którą Timothée określa jako "pies w rozkroku". Harry określiłby ją raczej jako "rozkraczony z bólu", ale zagryza zęby i cierpi w milczeniu, bo oczywiście dyrygujący nimi z przodu sali Timothée płynie poprzez kolejne ruchy, podobnie jak reszta owieczek na jego wieczornym kursie dla zaawansowanych hippisów, którzy prężą się od jednej perfekcyjnej pozycji do drugiej i utrzymującą bez najmniejszego drgnięcia mięśni, oddychając perfekcyjnie przez swoje pierdolone nozdrza.
dalsza część kursu nie zmierza lepszym kierunku. Timothée wydaj z siebie niezrozumiałe pomruki o treści nawiązującej do nazw różnych zwierząt i z wdziękiem demonstruje poszczególne układy. Harry może tylko starać się dorównać mu kroku, możliwe wiernie kopiować jego ruchy, jęczeć jak najciszej, ograniczyć do minimum drżenie rąk, nóg, pleców i brzucha i czekać, wciąż czekać na te cudowne momenty, kiedy Timothée krąży między nimi i koryguje ich pozycje z pozornie grzecznymi, niemniej druzgoczącymi komentarzami na ustach, a jeśli Harry ma dużo, ale to naprawdę dużo szczęścia, Timothée kładzie rękę na jego ramionach, łopatkach albo krzyżu, przyciska gorącą dłoń do jego torsu i mówi:
– tylko ostrożnie, panie Styles.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz