w piątkowe wieczory studio paese joga jest zamknięte, z kolei w weekendy oferuje otwarte kursy na wszystkich poziomach zaawansowania, prowadzone przez innych mniej interesujących instruktorów, o ile wierzyć grafikowi na stronie internetowej. Harry, który ma swoje dojścia, dzwoni do Alicji, ta zaś po paru minutach wstydliwego flirtu popełnia zdradę tajemnicy służbowej i wyznaje, że Lem zachorował i Timothée przejmuje jego zajęcia, a po chwili z radością wpisuje Harry'ego na listę uczestników, bo jeśli już dopuszcza się podobnej zbrodni wobec swojego miejsca pracy, czyni to z rozmachem.
tak przynajmniej zakłada Harry, dopóki nie pojawia się w leniwe niedzielne popołudnie na rzeczonym kursie, prawie zrezygnowany po wysiłkach ostatniego tygodnia, i stwierdza, że jest otoczony przez dobre pół tuzina, ironicznie uśmiechniętych ciężarnych omeg.
– wiszę Alicji dwadzieścia dolarów – odzywa się jedna z nich, osóbka o słodko różowych policzkach, za to wyraźnie złośliwym charakterku. – zaklinałem się na wszystkie świętości, że nie uda jej się tu ciebie zwabić.
Harry nie może wyjść z podziwu.
– a to podła żmija – przyznaje wreszcie, bo tak wygląda prawda o podstępnej, ale zdumiewającej Alicji.
– wiesz co – mówi jedna z omeg, poddając go dokładnym oględzinom (Harry nie może się opanować i wypina dumnie pierś, bo przynajmniej on jedyny zdaje się doceniać jego starannie dobrany, przełamany agresywnie męskim stylem strój do jogi, a poza tym jest przepiękny) – prezentujesz się o wiele, wiele atrakcyjniej niż ci inni.
Harry odchrząkuje.
– ci inni? – pyta.
– nie jesteś pierwszym, który próbuje zdobyć Timothée'ego, chodząc na jego kursy. –tłumaczy kolejna omega, wyróżniająca się wąskimi wargami, marchewkowym kolorem włosów i silnie piegowatą skórą. ma na sobie niewiarygodnie obszerną koszulkę i jest na oko w setnym miesiącu ciąży. – ale przypuszczalnie należysz do tych bardzo mało subtelnych, za to kompletnie bezwstydnych.
– szczerze ci dziękuje, kochanie. – odpowiada Harry i łypie na niego ponuro. już zamierza szukać drogi ucieczki, kiedy słyszy za plecami głos Timothée'ego:
– jezu chryste, ty chyba żartujesz?
sześć gotowych do rozrodu omeg spogląda na niego z oczekiwaniem, co wystarcza za motywację, by sprostać sytuacji. Harry przywołuje na usta wielki bezczelny uśmiech i obraca się na pięcie w stronę Timothée'ego, który wygląda jeszcze bardziej prześlicznie niż zwykle. jego włosy są zmierzwione, kręcona grzywka wpada mu do oczu, policzki znaczą rumieńce, a ciało okrywały luźne spodnie i koszulka z ThunderCats.
– skarbie, jesteś. nareszcie. – mówi i rzuca Timothée'emu lubieżne spojrzenie.
– fakt, nareszcie. nareszcie mam uzasadniony powód, żeby cię wyrzucić z zajęć –odpowiada Timothée, a kącik jego ust wędruje do góry w sposób, który wzbudza w Harrym pragnienie wynajęcia penthouse w jakimś hotelu, żeby móc pieprzyć Timothée'ego przypartego do sięgającego od podłogi do sufitu okna. – ten kurs jest przeznaczony wyłącznie dla ciężarnych.
Harry trzepocze rzęsami.
– oh, Timothée, wnioskuje z twoich słów, że słuchy jeszcze do ciebie nie dotarły. otóż zostałem okrutnie wykorzystany i porzucony w odmiennym stanie.
usta Timothée'ego drgają ponownie, a Harry wzbogaca swoje hotelowe mrzonki o fontannę drogiego szampana, półmisek truskawek i jedwabne prześcieradła.
– ten ktoś zachował się mało przyzwoicie. – Timothée pozwala sobie na podjęcie gry.
Harry czuje się dogłębnie wstrząśnięty, bo chociaż wyobrażał go sobie w najróżniejszych wydaniach, jeszcze nigdy nie przyszedł mu do głowy Timothée, który mógłby się z nim bawić.
– nie masz pojęcia skarbie. – wzdycha, walcząc z wewnętrznych drżeniem. – i jak ja sobie teraz poradę w roli samotnego rodzica?
stojący obok niego chłopak wybucha śmiechem, a Timothée mruży oczy z czymś, co wygląda autentycznie jak rozbawienie, potrząsa głową, wymija Harry'ego i podąża do swojego stałego miejsca na przodzie sali, wołając przez ramię:
– w takim razie powinienem zrobić dla ciebie choć tyle i pozwolić ci wsiąść udział w zajęciach.
Harry zdążył nabrać przekonania, że omegi przychodzące do studia Timothée'ego to zatwardziałe, odporne na wszystko bestie, a te z wydętymi brzuchami okazują się potwierdzać jego założenie co do joty. joga prenatalna, nawet ta dla ciężarnych w ostatnim trymestrze, brutalnie atakuje jego plecy, co jest niepojęte, jako że Timothée nie przestaje nawijać o tym, jak te pozycje skupiają się na biodrach i pomagają je "otwierać".
kurs liczy jedną trzecią uczestników w porównaniu z normalnymi zajęciami, a Harry, ponownie i bardzo niechętnie wygięty w pieprzonego gołębia, nagle rozumie, dlaczego tak jest. Timothée podchodzi do każdego z przyszłych matek z osobna i ostrożnie, niemniej ze spokojną stanowczością, pomaga im skorygować pozycję. jego dłonie przesuwają się z prostotą po barkach i biodrach omeg. dotyk jest bardziej zdecydowany niż w przypadku zwykłych kursantów, cieplejszy, choć nadal precyzyjny. Timothée mówi też coś za każdym razem, a ciężarne – zna ich wszystkich po imieniu – odwracają się w jego stronę, korygują swoje pozy z przepraszającymi uśmiechami i opierają na nim ciężar swoich ciał. Harry widzi wybrzuszenie napiętych mięśni na szczupłych ramionach, kiedy Timothée pomaga Marcusowi udoskonalić jego pozycję trójkąta lub gdy łagodnie ustawia biodra Adamowi do wojownika II, a coś w prostej, naturalnej sile jego ruchów sprawia, że Harry'emu zasycha w ustach.
Harry był w swoim życiu na tyle szczęśliwy i jednocześnie pozbawiony sumienia, żeby beztrosko zaliczyć imponującą liczbą dobrych partnerów łóżkowych, ale nie pamięta, by kiedykolwiek zabiegał o kogoś tak niezawodnie solidnego jak Timothée, któremu sześć znajdujących się w pomieszczeniu omeg ufa do tego stopnia, że pozwalają mu dotykać boków swoich piersi i nabrzmiałych brzuchów i nie wątpią, że je złapie i przytrzyma, jeśli się zachwieją.
– powinieneś być znacznie lepszy od reszty, Panie Styles. – mówi Timothée z przyganą, odrywając się ku niebieskozielonej macie, na której ćwiczy Harry. krytycznym wzrokiem mierzy jego roztrzęsione jak sama cholera ardha chandrasana i klocek dygoczący pod lewą dłonią, obciążoną masą całego ciała. – na twoim etapie, kiedy jeszcze nic nie widać, utrzymywanie równowagi to pestka.
– sądzę, że w dużej mierze przyczyna tkwi w psychice – odpowiada Harry przez zaciśnięte zęby.
i do tego nigdy jeszcze nie pragnął kogoś tak okrutnie żądnego krwi.
– i chyba jest bardzo mocno zakorzeniona, skoro tak trudno ci się jej pozbyć –burczy Timothée, a potem dodaje głośniej; – dokonam kilku poprawek w twojej pozycji, jeśli nie masz nic przeciwko?
w normalnych warunkach Harry miałby na podorędziu z tuzin spontanicznych, dwuznacznych aluzji, które mógłby wykorzystać w charakterze riposty, ale że teraz jest za bardzo skupiony na tym, żeby nie wywalić się na twarz i skompromitować na oczach stadka ciężarnych, wydaje tylko pomruk aprobaty.
– w porządku – mówi Timothée.
kładzie swoją ciepłą, otwartą dłoń w okolicy nerek Harry'ego i przesuwa nią przez plecy w dół na krzyż. drugą ręką obejmuje jego biodro i odciąga je do tyłu raz, potem drugi, dopóki ciało Harry'ego nie układa się w idealną poziomą linię, a mięśnie ud, ramion, barków i piersi nie odwrzaskują w gorącym proteście. Harry ledwo oddycha z wysiłku, jakiego wymaga od niego utrzymywanie pozycji.
– czujesz... – słyszy tuż przy swoim uchu. – jak otwierają ci się biodra?
– głównie. – zipie Harry z trudem. – to ja czuję ból.
Timothée parska cichym śmiechem.
– nie martw się. nie pozwolę ci upaść, w porządku? – mówi, nie cofając rąk, a Harry myśli, och, do diabła, i wypuszcza powietrze w długim, roztrzęsionym oddechu, co sprawia, że jego kończyny podskakują dziko, tknięte jednym spastycznym skurczem.
ale w momencie, kiedy traci równowagę i już ma przewrócić się na matę, czuje za swoimi barkami szczupłe ręce Timothée'ego, które go wspierają, i to nakazuje mu instynktownie rozluźnić wszystkie mięśnie, co z jakiegoś niejasnego powodu pozwala dużo łatwiej zapanować nad układem ciała.
– widzisz? – pyta Timothée. kiedy się odprężysz, odprężysz się w pozycję.
– prawdę mówiąc. – wyjaśnia Harry głosem drżącym z wysiłku. – wydaję mi się, że akurat w tej chwili odprężam się o ciebie.
Timothée znowu się śmieje i Harry żałuje, że nie dowierza swojemu zmysłowi równowagi na tyle, żeby odwrócić głowę i spojrzeć. tak bardzo chciałby wiedzieć, czy oczy Timothée'ego teraz błyszczą, czy pokazują mu się dołeczki w policzkach i czy odsłania zęby.
– dobrze, na razie wystarczy. – mówi Timothée, i wciąż z rękami na ciele Harry'ego, poleca: – a teraz przechodzimy w pozycję góry.
zajęcia pobiegają końca bez obligatoryjnych dwóch minut udawania trupa, ponieważ leżenie płasko na plecach zakończyłoby się tragedią dla tak brzuchowatych kursantów. zamiast tego zbijają się w gromadkę i siedzą przez chwilę ze skrzyżowanymi nogami w atmosferze pozbawionej cichego uduchowienia, które Harry zna z innych lekcji. oczy wszystkich omeg kierują się ciekawe w jego stronę, kiedy Timothée zerka na zegarek i żegna się słowami:
– Harry, zachowaj się, proszę.
– po co te obawy? – odpowiada Harry. – przecież oni już są w ciąży.
– więc? – pyta Ben z zainteresowaniem w zielonych oczach, gdy Timothée znika za drzwiami. – czym zarabiasz na życie?
Harry szczerzy zęby.
– reklamą najdroższy. pracuje w reklamie.
Evan, ten o marchewkowych włosach, wydaje dźwięk dezaprobaty. – myślę, że dla Timothée'ego lepszy byłby ktoś z pewniejszym zawodem. lekarz, prawnik, może nauczyciel.
Mark kiwa głową porośniętą burzą sprężystych, czarnych jak noc sprężystych loków. – owszem. – mówi. – ale mam wrażenie, że on go jakoś lubi.
Harry jest zachwycony.
– naprawdę tak uważasz?
– no wiesz. – tłumaczy Ben. – wyglądasz tak zachęcająco podejrzanie.
– to przez tatuaże – wyraża przypuszczalnie Mark, wskazując na jego pierś. – i ten podkoszulek. sprawiasz wrażenie bandyty, który skrywa miękkie serce.
– czyli myślicie, że "bandyta skrywający miękkie serce" jest w typie Timothée'ego? – pyta Harry.
Adam o włosach ściągniętych w szaro-blond kok patrzy na niego pogodnym rozbawieniem. – och, jestem całkowicie przekonany. – odpowiada, ale zanim Harry zdążą przemierzyć się do małego triumfalnego tańca, uzupełnia: – bo tak też wyglądało jego czterech ostatnich chłopaków.
– jeszcze nigdy nie zawędrowałem na tak radosne wyżyny tylko po to, by zostać zaraz brutalnie strącony na ziemię. – skarży się Harry z goryczą.
zły humor nie opuszcza go nawet w szatni, a potem pod prysznicem, gdzie onanizuje go gniewnie, i na koniec w recepcji podczas zwrotu maty. wciąż ma niemiłosiernie skwaszoną minę, kiedy Timothée pojawia się u jego boku i pyta:
– co, już dokuczają ci zakwasy?
Alice rozsądnie nie odzywa się ani słowem, gdy Harry energicznie ciska długopisem o kontuar i podsuwa jej pod nos swoją kartę kredytową.
– to raczej nie powinno nikogo dziwić. – mówi opryskliwie i choć nie unosi wzroku, wyczuwa, że Timothée sztywnieje.
zapada długa cisza, w której Alice bardzo powoli i starannie zagłębia się w proces pobierania opłat.
– jeśli cię coś naprawdę boli, to powinieneś mi o tym powiedzieć. – odzywa się wreszcie Timothée głosem spiętym od czegoś, czego Harry nie potrafi w tej chwili jednoznacznie określić.
spojrzenie, które Alicja rzuca Harry'emu spod rzęs, jest znacznie złowrogie, a chociaż przebieg transakcji na jej monitorze z pewnością został już potwierdzony, wciąż trzyma kartę w łapach niczym pazerna hiena i ani myśl jej oddać.
– nie wiedziałem, że cię to interesuje. – mówi Harry do Timothée'ego, a potem zwraca się do Alicji: – widzę, że transfer jest zakończony, więc chyba doczekam się jeszcze dziś zwrotu mojego Amexa?
a potem te same ręce, które jeszcze niedawno dotykały go z naturalną, solidną pewnością, obracają nim ostro i zdumiony Harry gapi się w szeroko otwarte, czujne oczy Timothée'ego i jego zaniepokojoną twarz. Timothée przebrał się w butelkowozieloną koszulkę i jasne, opinające jeansy i jego nadal wilgotne włosy opadają krętymi kosmykami na czoło, na świeżo wyszorowanej skórze pojawił się rumieniec i Harry myśli, że jeszcze nigdy nie widział czegoś równie pięknego niż Timothée teraz, w tej właśnie chwili.
– gdzie cię boli? – pyta Timothée tonem tak opiekuńczym, że serce Harry'ego łomocze i zaczyna sobie wyobrażać Timothée'ego trzymającego ich dziecko w ramionach i kołyszącego je do snu. przesuwa dłońmi po jego ramionach; Harry nie wie, co chcę tam wymacać, jest jednak pewien, że od tego dotyku robi mu się gorąco, że budzi się w nim jakaś myśl, że okrutna i odruchowa zazdrość ściskająca mu żołądek zaczyna wyparowywać z niego jak poranna mgiełka unosząca się nad miastem. – jeśli to tylko nadwyrężone mięśnie, to nic ci nie będzie, ale jeśli ból jest długotrwały, muszę o tym wiedzieć.
Harry nie potrafi zapanować nad zuchwałym uśmiechem. – prawdę mówiąc, szczególnie obolały jestem między nogami...
– ja nie żartuję, Styles. – warczy Timothée, a na jego policzkach wykwitają ciemne plamki. – to nie jest śmieszne. musisz potraktować to serio, bo w innym razie dorobisz się poważnego urazu pleców...
Timothée ma tak zmartwioną i rozgniewaną minę, że Harry może jedynie złapać go za rękę, zamknąć je w swoich i szybko, szybciutko, tak by Timothée nie miał nawet szansy na niego krzyknąć, unieść je do ust i pocałować mocno zaciśnięte palce.
– och, skarbie, przepraszam... – mruczy, poruszając ciepłymi wargami po knykciach Timothée'ego. – byłem tylko zazdrosnym dupkiem.
– co? – prycha Timothée, ale nie wyszarpuje dłoni, więc Harry przytula do nich twarz, muska skórę Timothée'ego skrzydełkiem nosa, wzdychają zapach kremu Nivea i ignoruje dziki galop swojego serca, które zachowuje się jak u zakochanego uczniaka.
– zdaje się, że lubisz określony typ. – bąka Harry, bo zużył już całą swoją bezwstydność na kursie jogi prenatalnej i wszystko, co teraz wychodzi z jego ust, brzmi przerażająco. a może to tylko wpływ Timothée'ego, który sprawia, że Harry wpada w rytm i traci równowagę dosłownie, w przenośni i na wieki, wieków amen. – najwyraźniej umawiałeś się z mnóstwem wytatuowanych bandytów.
Timothée wzdycha w jego szyję.
– Anton był fizjoterapeutą, a nie bandytą.
zaszokowany Harry unosi brew.
– umawiałeś się z kim o imieniu Anton?
– a może mam słabość do takich imion? – odbija piłeczkę Timothée i uśmiecha się milutkim, mikroskopijnym uśmiechem. – nie wiedziałem, że twoje starania zaprowadzą cię aż tak daleko, panie Styles.
– Timothée, pół godziny temu wziąłem udział w zajęciach jogi dla ciężarnych. –przypomina mu Harry. – z pewnością posunąłbym się dla ciebie do jeszcze głupszych rzeczy niż ten mały wybuch zazdrości.
spojrzenie, które dostaje w odpowiedzi, jest w zasadzie nie do opisania. – pełen nieoczekiwanej słodyczy i czegoś intymnego – i Harry czuje, że Timothée się poddaje, widzi jego odprężone barki i pojedynczy lok opadający na oczy.
– chyba zaczynam to dostrzegać. – słyszy cichy szept .
a wtedy Alicja, ta skończona gadzina, odchrząkuje i mówi:
– panie Styles? pańska karta kredytowa.
magia chwili ulatnia się w ułamku sekundy i nagle Timothée, znów opanowany jak zawsze, wysuwa dłonie z rąk Harry'ego.
– dobranoc, panie Styles. – żegna się i znika za drzwiami biura położonego za recepcją.
Harry krzywi się do Alicji i niezbyt delikatnie przechwytują kartę z jej palców.
– zrobiłaś to specjalnie.
– z zazdrością ci bardzo, ale to bardzo nie do twarzy. – kontruje Alicja kwaśno.
– gdy już urobię go na tyle, by wziął ze mną ślub, postaram się, żeby jeden z punktów naszej intercyzy obejmował wylanie cię z pracy.
Alicja patrzy na niego z bezbrzeżnym znudzeniem.
– tylko spróbuj.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz