przez kolejny tydzień, o dziwo, wszystko idzie jak z płatka. Harry decyduje się na najmniej forsujące zajęcia w studiu Paese Joga, jakie może znaleźć, Alicja powoli zmienia swoją postawę z fałszywej przyjaznej przez mniej złowrogą aż po szczerze neutralną, a Timothée uśmiecha się do Harry'ego tyle razy, że trudno zliczyć.
w środę zaś, przed kursem hathajogi dla średnio zaawansowanych, kiedy Harry łapie Timothée'ego za nadgarstek i pyta; "to całe rozciąganie strasznie pobudza apetyt, co powiesz na jakąś małą przekąskę po lekcji?", Timothée prezentuje mu w odpowiedzi swoje dołeczki wraz ze słowami; "zależy, jak dobrze spiszesz się na zajęciach, panie Styles".
najwidoczniej Harry potrzebuje właśnie takiej zachęty, żeby wykazać mocno niezdrową ambicję, że zgodnie ze swoją naturą już od małego nie mógł oprzeć się nieoczekiwanym wyzwaniom i zawsze należał do tych, którzy sami ściągali na siebie kłopoty, usiłując zaimponować najładniejszym omegą w klasie.
– Styles, nawet o tym nie myśl. – zapowiada Timothée ze swojego tradycyjnego miejsca, gdzie pokazuje właśnie pilnym adeptom tajniki pozycji żurawia, a Harry, co nie powinno być żadnym zaskoczeniem, wykorzystuje moment jego nieuwagi i mimo wyraźnego ostrzeżenia próbuje Bakasany.
jeszcze mniejszym zaskoczeniem okazuje się to, że zamiast przybrać pozę żurawia, tylko go niechcący zapuszcza – bardzo brutalnie i gwałtownie – pomiędzy klepki na wyfroterowanym parkiecie studia.
ostatnią rzeczą, jaką pamięta, jest widok wściekłej, pobladłej ze strachu twarzy Timothée'ego, jego zaciśniętych ust, wpatrzonych w siebie wielkich oczu i ostry dźwięk głosu, mówiącego: "coś ty sobie wyobrażał, do diabła?!"
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz