niesamowita radość płynąca z faktu przyciągnięcia do siebie rąk Timothée'a i, co ważniejsze, jego uwagi, rozwiewa się następnego ranka, kiedy Harry, rozłożony na łózko twarzą w dół, musi odbyć trzy rozmowy przez telefon, aby ogłosić swoją dzisiejszą niezdolność do pracy oraz przyznać się do porażki, szukając pomocy u profesjonalisty. na jego nieszczęście owym profesjonalistą jest Zayn.
– to niesamowite – stwierdza Zayn. – gdzieś ty się tak paskudnie urządził?
– naciągnąłem sobie mięśnie, a nie połamałem kości. – protestuje Harry, ale potrzebuje całej wieczności, żeby wyprostować się na kozetce.
– trudno się z tobą zgodzić, sądząc po tym, jak długo przebierałeś się do badania – mruczy Zayn.
przez kilka minut (albo godzin) bezlitośnie i rozdzierająco boleśnie obraca i szarpie barkami Harry'ego.
– i jak? pomogło trochę? – pyta w końcu.
Harry, który pozostawił piękny odcisk zębów na turkusowym obiciu kozetki ponad brzegami sterylnej papierowej podkładki, krzyczy:
– kurwa, nie do cholery, Zayn!
– trudno, ręce mnie rozbolały – odpowiada Zayn rzeczowo. – co powiesz na trochę trawki zamiast masażu?
i oto w ten sposób obaj lądują na dachu małego tętniącego życiem gabinetu Zayna – z licencją w dziedzinie akupunktury, akupresury, masażu oraz chiropraktyki w dzielnicy Louvre – i podają sobie na zmianę jointa wśród trzepotu powiewającej na wietrze szpitalnej koszuli Harry'ego.
– nie wiem czemu od razu nie przeszedłeś do tej metody leczenia – mówi Harry.
– mam dyplom medycyny i lubię udawać, że z niego korzystam. – odpowiada Zayn i zdejmuje spinkę z krawata, żeby użyć jej w charakterze szczypczyków do przytrzymywania niedopałka.
Harry decyduje, że zaciąganie się w ten sposób jest poniżej jego godności i wspaniałomyślnie pozostawia Zaynowi resztę pieprzonego skręta.
– masz dyplom z Cambridge, który postanowiłeś olać na rzecz medycyny dalekowschodniej.
Zayn rzuca mu spojrzenie z ukosa.
– a tragicznie uprzedzonej medycynie zachodniej wydaje się, że ma monopol na jedyny słuszny rodzaj leczenia i ignoruje całe wieki tradycji bardzo skutecznych metod niekonwencjonalnych...
– chryste – jęczy Harry – daruj sobie to kazanie.
Zayn szczerzy zęby.
– to co? powiedz mi, jak doprowadziłeś się do tak tragicznego stanu?
Harry przypala papierosa, zbyt odurzony błogim działaniem marihuany, żeby czuć jakieś szczególne przygnębienie.
– a czemu ja się nieustannie doprowadzam do tragicznego stanu?
– aaa – odgaduje Zayn. – Timothée.
– zawsze chodzi o Timothée'ego. – burczy Harry pod nosem.
– śmieszne – mówi Zayn i zabiera się za majstrowanie następnego blanta. – jak długo cię znam, od wspólnych lat na uniwerku aż po dziś, nigdy nie wyłeś typem, który się zbytnio angażuje.
Harry przechwytuje skręta, gdy tylko Zayn przypala jego czubek.
– uwierz mi – zapewnia, zaciągając się głęboko. – nikt nie jest bardziej zdziwiony tym faktem niż ja sam.
Harry zawsze był osobą lubianą, beztroską i niezwykle zręcznie unikającą zobowiązań, zarówno w sprawach zawodowych, jak i też uczuciowych, nic więc dziwnego, że zetknięcie z tak niewzruszonym, obdarzonym nieopartą mocą zapachu jak Timothée przypomniało zderzenie czołowe z powalająco pięknym i fascynująco sprężystym taborem kolejowym. Harry'emu nigdy nie brakowało kochanków, przyjaciół ani pracy, ale jeszcze w całym swoim pieprzonym życiu nie musiał wysilać się nad czymś do tego stopnia, jakby męczył się z jakimś węzłem goryckim, przy którym nie może przestać dłubać, choć czasami zdarzają mu się momenty rezygnacji i zaczyna umawiać się na pół-poważnie z innymi omegami, brać się za jakieś hobby albo rozważać przeprowadzkę do rodzinnej Anglii – i niezmiennie, nieuchronnie powraca do punktu wyjściowego.
– co za żal patrzeć, jak nisko stoczył się najsłynniejszy lekkoduch naszego pokolenia. – Zayn sili się na żałobny ton, ale nie wytrzymuje i parska śmiechem, odpierając Harry'emu jointa. – czy twoja matka wie?
ciałem Harry'ego wstrząsa dreszcz.
– chryste, weź ty się lepiej ugryź w język, Zayn.
– zakładam, że udało ci się utrzymać ją w nieświadomości, skoro Timothée nie dostał jeszcze do podpisania czegoś w rodzaju kontraktu określającego zakres obowiązków ziemiańskich, jaki czekają go w roli przyszłej wicehrabiny. – kontynuuje Zayn z ożywieniem, a Harry, zamiast odciąć się jakimś dowcipnym tekstem, podnosi z dachu odłamany kawałek betonu i ciska nim w przyjaciela.
piątek, 16 marca 2018
sobota, 10 marca 2018
8
– nie ma mowy – oznajmia Timothée, kiedy Harry zjawia się wieczorem na jego kursie.
– jestem klientem, który płaci za usługi – wypomina Harry i rozkłada swoją matę, lekceważąc strzykanie w plecach. dzień spędzony na leżeniu plackiem na podłodze pomógł mu zregenerować siły i częściowo odzyskać mobilność. – nie sądzę, że możesz wyrzucić mnie z zajęć.
– mogę i to zrobię. – obiecuje Timothée i mrozi go wzrokiem z rękoma krzyżowanymi na piersi. kosmyki włosów opadają mu na twarz w rozbrajająco uroczy sposób, a koszulka, którą ma dziś na sobie, nosi napis "Akademia Sztuk Pięknych w Chicago". gdyby Harry nie wiedział, że dostanie za to w gębę, udałby, że mdleje z zachwytu. – poziom tego kursu znacznie przerasta twoje umiejętności.
Harry obdarza go najbardziej przymilnym ze swoich oślizgłych uśmiechów.
– no dalej, kochanie, to tylko małe, dziecinne proste rozciąganie. znacznie więcej wysiłku kosztuje mnie banalne ziewnięcie. – wyznaje.
– już za samo to zdanie – warczy Timothée – zaczniemy od pozycji gołębia.
– poradzę sobie z tym ptaszkiem. – mruczy Harry w odpowiedzi, bo prostu nie może się powstrzymać.
pozycja gołębia, co stwierdza jakiś czas później, nazywa się naprawdę eka pada rajakapotasana, albo, w tłumaczeniu na bardziej ludzki język, pozycja wymyślona w celu trwałego uszkodzenia kutasa.
jej punktem wyjściowym jest pies z głową w dół (Harry nie może uwierzyć, że Timothée tak efektownie wyssał całą radość z pozycji jednoznacznie kojarzącą się z seksem), a następnie uniesienie prawej nogi do wersji, którą Timothée określa jako "pies w rozkroku". Harry określiłby ją raczej jako "rozkraczony z bólu", ale zagryza zęby i cierpi w milczeniu, bo oczywiście dyrygujący nimi z przodu sali Timothée płynie poprzez kolejne ruchy, podobnie jak reszta owieczek na jego wieczornym kursie dla zaawansowanych hippisów, którzy prężą się od jednej perfekcyjnej pozycji do drugiej i utrzymującą bez najmniejszego drgnięcia mięśni, oddychając perfekcyjnie przez swoje pierdolone nozdrza.
dalsza część kursu nie zmierza lepszym kierunku. Timothée wydaj z siebie niezrozumiałe pomruki o treści nawiązującej do nazw różnych zwierząt i z wdziękiem demonstruje poszczególne układy. Harry może tylko starać się dorównać mu kroku, możliwe wiernie kopiować jego ruchy, jęczeć jak najciszej, ograniczyć do minimum drżenie rąk, nóg, pleców i brzucha i czekać, wciąż czekać na te cudowne momenty, kiedy Timothée krąży między nimi i koryguje ich pozycje z pozornie grzecznymi, niemniej druzgoczącymi komentarzami na ustach, a jeśli Harry ma dużo, ale to naprawdę dużo szczęścia, Timothée kładzie rękę na jego ramionach, łopatkach albo krzyżu, przyciska gorącą dłoń do jego torsu i mówi:
– tylko ostrożnie, panie Styles.
– jestem klientem, który płaci za usługi – wypomina Harry i rozkłada swoją matę, lekceważąc strzykanie w plecach. dzień spędzony na leżeniu plackiem na podłodze pomógł mu zregenerować siły i częściowo odzyskać mobilność. – nie sądzę, że możesz wyrzucić mnie z zajęć.
– mogę i to zrobię. – obiecuje Timothée i mrozi go wzrokiem z rękoma krzyżowanymi na piersi. kosmyki włosów opadają mu na twarz w rozbrajająco uroczy sposób, a koszulka, którą ma dziś na sobie, nosi napis "Akademia Sztuk Pięknych w Chicago". gdyby Harry nie wiedział, że dostanie za to w gębę, udałby, że mdleje z zachwytu. – poziom tego kursu znacznie przerasta twoje umiejętności.
Harry obdarza go najbardziej przymilnym ze swoich oślizgłych uśmiechów.
– no dalej, kochanie, to tylko małe, dziecinne proste rozciąganie. znacznie więcej wysiłku kosztuje mnie banalne ziewnięcie. – wyznaje.
– już za samo to zdanie – warczy Timothée – zaczniemy od pozycji gołębia.
– poradzę sobie z tym ptaszkiem. – mruczy Harry w odpowiedzi, bo prostu nie może się powstrzymać.
pozycja gołębia, co stwierdza jakiś czas później, nazywa się naprawdę eka pada rajakapotasana, albo, w tłumaczeniu na bardziej ludzki język, pozycja wymyślona w celu trwałego uszkodzenia kutasa.
jej punktem wyjściowym jest pies z głową w dół (Harry nie może uwierzyć, że Timothée tak efektownie wyssał całą radość z pozycji jednoznacznie kojarzącą się z seksem), a następnie uniesienie prawej nogi do wersji, którą Timothée określa jako "pies w rozkroku". Harry określiłby ją raczej jako "rozkraczony z bólu", ale zagryza zęby i cierpi w milczeniu, bo oczywiście dyrygujący nimi z przodu sali Timothée płynie poprzez kolejne ruchy, podobnie jak reszta owieczek na jego wieczornym kursie dla zaawansowanych hippisów, którzy prężą się od jednej perfekcyjnej pozycji do drugiej i utrzymującą bez najmniejszego drgnięcia mięśni, oddychając perfekcyjnie przez swoje pierdolone nozdrza.
dalsza część kursu nie zmierza lepszym kierunku. Timothée wydaj z siebie niezrozumiałe pomruki o treści nawiązującej do nazw różnych zwierząt i z wdziękiem demonstruje poszczególne układy. Harry może tylko starać się dorównać mu kroku, możliwe wiernie kopiować jego ruchy, jęczeć jak najciszej, ograniczyć do minimum drżenie rąk, nóg, pleców i brzucha i czekać, wciąż czekać na te cudowne momenty, kiedy Timothée krąży między nimi i koryguje ich pozycje z pozornie grzecznymi, niemniej druzgoczącymi komentarzami na ustach, a jeśli Harry ma dużo, ale to naprawdę dużo szczęścia, Timothée kładzie rękę na jego ramionach, łopatkach albo krzyżu, przyciska gorącą dłoń do jego torsu i mówi:
– tylko ostrożnie, panie Styles.
piątek, 2 marca 2018
7
okrutna prawda wygląda tak, że Harry rzeczywiście zniósłby mnóstwo upokorzenia, o ile tylko Timothée znalazłby się wreszcie pod nim gotowy, otwarty, dyszący i zarumieniony od piersi aż po koniuszki swoich cudownych białych kończyn. w ciągu tych dwóch lat, odkąd podjął pracę w firmie Payne & Payne, był wielokrotnie zapraszany do Ashtona i Liama na uroczyste kolejce z okazji bożego narodzenia i wielkiej nocy, i obserwował Timothée'ego kłócącego się z Liamem na temat sosu z borówek lub tego, czy dzieciom wolno otworzyć prezenty już w przeddzień świąt. cala sprawa zaczęła się, jak większość podobnych przygód w życiu Harry'ego, od iskry chciwej żądzy, lecz Timothée okazuje się jedną z tych niemożliwie skomplikowanych zagadek, które każą podejmować ciągle próby rozwiązania, w efekcie czego Harry kompletnie zatracił się w jej zawiłościach. chce wiedzieć, dlaczego ktoś, kto ze świetnymi wynikami skończył studia architektoniczne ze specjalizacją ilustracji technicznej, otwiera sobie cholerne studio jogi, zamiast pracować w swoim zawodzie. chce wiedzieć, jak Timothée poznał Ashtona i Liama, czemu uśmiecha się szeroko i otwarcie tylko do tak nielicznych osób i co Harry musi zrobić, żeby uśmiechnął się w ten sposób również do niego. Harry chce, żeby Timothée go lubił, żeby był wobec niego tak śmiesznie lojalny, jaki jest w stosunku do Liama i Asha, i żeby przychodził do niego na przyjęcia świąteczne bez przejmowania się szalejącymi na zewnątrz zamieciami, bo Harry go o to prosił. Harry jest dobry w tym, co robi, ponieważ zna się na ludziach, i to jedno natrętne podejrzenie nie daje mu spokoju; że Timothée zdobyty raz, jest zdobyty na zawsze, a Harry nie pamięta, żeby pragnął w swoim życiu kogoś z tak wielką desperacją jak właśnie jego.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)