poniedziałek, 26 lutego 2018

6

– oh, Styles. – twarz Ashtona pojawia się w polu widzenia nad jego głową; jego oczy błyszczą i promieniuje dziś wręcz znakomitym humorem.
reszta wczorajszego wieczoru po dziewięćdziesięciu minutach tortur psychoseksualnych w wykonaniu Timothée'ego (w pewnym momencie wygiął plecy w idealny mostek, a Harry o mało nie jęknął głośno na myśl o wszystkich innych rzęchach, do których Timothée byłby zdolny z tak giętkim ciałem) nie była wcale aż tak straszna. Harry wrócił do domu, połknął dwie aspiryny, zrobił sobie gin z tonikiem i zasnął, otoczony oceanem próbnych projektów. na nieszczęście osób, które musiały mieć z nim dziś do czynienia, ocknął się ze strużką śliny rozmazaną na jednym z kolorowych wydruków, czując się jak na wyciągu chirurgicznym, możliwe, że nawet trwale niepełnosprawnym, i boleśnie świadomy istnienia pokaźnej ilości grup mięśni, z istnienia których nie do końca zdawał sobie dotąd sprawę.
dokuczało mu nawet wgłębienie pod kolanami. jak do diabła, mogło mu się przytrafić coś podobnego?
do pracy dotarł o własnych siłach, to znaczy; napędzany potrójną dawką paracetamolu i kieliszkiem sherry, ale po kwadransie prób wytrzymania przy biurku w pozycji siedzącej zdecydował wreszcie, że to chrzani.
– witaj boginio. – mówi do Ashtona i podnosi wyżej notatnik ze spoczywającą na nim myszką, starając się odczytać tekst z odchylonego lekko w dół monitora peceta przez szklany blat swojego biurka. – w czym mogę ci dziś służyć?
Ashton sznuruje usta.
– Harry, czemu leżysz pod stołem?
– no cóż, okazało się, że kanapa odpada, bo przewód od myszy jest za krótki, więc wylądowałem tutaj  oświadcza Harry rzeczowo i usiłuje rozszyfrować wiadomość od jednego z klientów, która zapewne byłaby nieczytelna nawet wtedy, gdyby siedział przed ekranem i nie musiał zmagać się z odczytaniem jej treści z odległością metra.
 widzę, że powinienem potraktować Timothée'a serio, kiedy zadzwonił do mnie wczoraj wieczorem i powiedział, że na jego zajęciach doprowadziłeś się do kalectwa.  wzdycha Ash. przykuca i otacza kolana ramionami, patrząc na Harry'ego za zmarszczonym czołem. – może wezwać lekarza?
Harry podciąga się na łokcie głównie dzięki mieszance siły woli i zranionej dumy.
 na serio, Ashtonie, twój najdroższy Timothée ma stanowczo zbyt wysokie mniemanie o sobie  drwi.  absolutnie nic mi nie dolega, jestem po prostu w dość horyzontalnym nastroju.
Ashton unosi brew.
 tak? więc mam mu zapowiedzieć, że zjawisz się u niego na kursie dziś wieczorem?
Harry zagryza wargę. a niech go szlak.
 naturalnie.  potwierdza z beztroską premedytacją. – zniósłbym znacznie gorsze rzeczy niż parę nadwyrężonych mięśni, byleby tylko móc zobaczyć Timothée'ego wyginającego się w tak kusząco nieprzyzwoity sposób.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz