niedziela, 18 lutego 2018

4

Harry zna Ashtona i Liama z organizowanych przez klientów przyjęć towarzysko-biznesowych oraz corocznych uroczystości wręczenia nagród branżowych  do których niejednokrotnie pretendował łeb w łeb z tandemem Payne & Payne – i chociaż darzył ich szacunkiem, nie mogli niestety zaoferować mu tych samych hojnych warunków, jakie znajdował gdzieś indziej. w ciągu minionych lat Ashton próbował od czasu do czasu zarzucić na niego haczyk i roztaczał przez nim perspektywę ekscytujących projektów i wspaniałej atmosfery pracy w ich firmie, która jednak wciąż była młoda i na dorobku, a przecież Harry nie uchodzi za najlepszego w swoim fachu ze względu na zacięcia charytatywne. dlatego zawsze podejrzewał, że tamtego roku, kiedy zgodził się przyjść na spotkanie opłatkowe w agencji Payne & Payne, Ashton specjalnie zaprosi Timothée'a po to, by poświęcić go jako przynętę mającą zwabić Harry'ego do jego firmy, Harry dopija akurat trzecią lampkę wina i trzeci raz z rzędu przekonywał Ashtona w uwodzicielski, niemniej stanowczy sposób, że nie zrezygnuje ze swojego narożnego biura plus sześciocyfrowego i faszerowanego dodatkowymi premiami dochodu na rzecz pracy w jego niezaprzeczalnie ambitnej i prężnej firmie, kiedy do środka weszła omega o przepięknych zielonych oczach i szerokich biodrach, ubrany był w jasne jeansy, beżowy golf i ciemną kurtkę, z szyją owiniętą grubym szalikiem i ciemnymi lokami mocno przyprószonymi śniegiem.
– hej, Timothée, ale szczęście, że jednak udało ci się przyjść. – wymruczał Ashton i przyciągnął chłopaka do siebie, żeby powitać go pocałunkiem i przy okazji odsłonić kawałek jego białej, bielusieńkiej szyj, wyplątując go w szalika ruchem, który przywodził na myśl wiktoriańską burleskę.
– jest totalna zamieć. – wyjaśnia Timothée i pozwala na to, żeby Ashton wyrównał mu kołnierzyk golfa i pogłaskał po zarumienionym z zimna policzku. – dobrze, że dałem radę złapać taksówkę, bo cała kolej rozkraczyła się kompletnie.
Ashton uśmiecha się do niego wyrozumiale i przeczesał mu włosy palcami, a potem odwrócił go w kierunku Harry'ego.
– Styles, wybacz, co za nietakt z mojej strony. – powiedział. – pozwól, że przedstawię ci Timothée'a.
– Styles? dużo słyszałem o twojej pracy. – odezwał się Timothée grzecznie i wyciągnął rękę, lekko wyginając kąciki swoich pełnych, różowych warg.
– to straszne – mruknął Harry. – bo ja nie słyszałem o tobie nic. – i zrobił coś, co prawdopodobnie świadczy o sporej  wadze charakteru, ale szczerze, w tamtym momencie, gdy gwałtowna eksplozja żądzy przysłania mu zredukowany do poziomu jaszczurki mózg mgiełką namiętności, nie wpadł na to, że pochwycenie wyciągniętej dłoni i złożenie pocałunku na jej grzbiecie mogłoby porządnie rozzłościć Timothée'ego. 
kilka chwil później, kiedy wyżymał sobie wino z włosów i wyciera jego pozostałości z marynarki, towarzyszący mu w łazience Liam powiedział:
– więc, jak przypuszczam, tak tracimy oto ostatnią szansę na ściągnięcie cię do nas.
– spodziewajcie się mnie jutro rano o dziesiątej. – obiecał Harry i wyszczerzył się do lustra niczym szaleniec, bo w ciągu tych dwóch sekund, zanim alkohol zaczął szczypać go w oczy, Timothée był jednym wielkim zjawiskiem w swojej usprawiedliwionej i rozpalonej do białości furii, a Styles niczego w życiu nie kochał tak bardzo jak niemożliwe wyzwania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz