środa, 14 lutego 2018

3

– dzień dobry, jestem umówiony na lekcję jogi. – mówi Styles kilka godzin później, oparty o kontuar lekko sceptycznej recepcji studia joga paese.
na jego blacie stoi wyszukana waza japońska ręczna robota, o ile Styles się nie myli z pojedynczą gałązką śliwy, która idealnie pasuje do aparycji siedzącej po drugiej stronie chudej dziewczyny o tlenionych blond włosach i delikatnych rzęsach, ubranej w białą sukienkę etui.
– oczywiście. – przytakuje recepcjonistka i kieruje wzrok na dyskretny ekran komputera. – wybrał pan już jakiś specjalny kurs?
Styles rozgląda się po pomieszczeniu, rejestruje bardzo szanowne reprodukcje Auerbacha i Kandinskiego i zastanawia się, czy wszystkie studia jogi wyglądają tak samo, czy tylko to należące do Tim'a jest takie szczególne.
– tak, przez stronę internetową – odpowiada. – ten o dziewiętnastej trzydzieści z Timothée'm.
dziewczyna patrzy na niego z uniesionymi brwiami.
– zakładam więc, że ma pan spore doświadczenie.
– oh, ogromne. – mruczy Styles po kociemu, ponieważ nie może się oprzeć, a dziewczyna nabiera zdumiewającego uroku, w miarę jak różowieją  jej policzki.
Alicja, bo tak brzmi jej imię, organizuje mu wynajęcie maty i załatwia formalności związane z opłatą kursu która, jak się należało spodziewać po Timie, jest niebotycznie wysoka, więc Harry żałuje przez chwilę, że cena nie obejmuje jednak żadnego specjalnego masażu. a wszystko co robi nader sprawnie. reaguje też pozytywnienie na sposób, w jaki Styles przesuwa grzbietem palców po jej nadgarstku, oraz na propozycję przejścia na "ty" przez cały czas uśmiecha się do niego nieśmiało.
– tylko uważaj ostrzegam.  wciąż z promienną miną. – na zajęciach z Timem potrafi być naprawdę gorąco.
– przestań kusić, mała jędzo, bo zaraz zemdleję – odpowiada Styles, rzeczywiście bliski omdlenia.
Alicja śmieje się głośno i zbywa go machnięciem ręki, więc Harry kieruje się do szatni.
ponieważ jest zdecydowanie na wszystko, a w dodatku mało subtelnie i próżny, z wielką starannością skomponował strój, w którym zamierzał przypuścić kolejne natarcie na fortecę strzegącą cnoty Timothée'ego. zdecydował się na połączenie surowej męskiej niedbałości zaprawiony w bojach  biały podkoszulek bez rękawów, odrobinę wystrzępiony na brzegach oraz eleganckiego snobizmu miękkie spodnie do jogi od lululemona, stanowczo o wiele za drogie i wielką niechęcią zakupione dziś podczas przerwy obiadowej przez najnowszego pracownika firmy Payne & Payne.
– wątpię, żeby wchodziło to w zakres moich obowiązków – próbował spierać się Niall.
– najdroższy, jako twój szef...
– pan Payne jest moim szefem... – zaprzeczył.
– idź kup mi te pieprzone gacie, Niall. – zakończył dyskusję Styles.
został pożegnany morderczym spojrzeniem i jakiś czas później przywitany takowym, kiedy Niall cisnął sklepową torbę ze spodniami na jego biurko.
pomieszczenie, w którym na odbyć się kurs, nosi wielce oryginalną nazwę "studio numer cztery" i znajduje się na końcu długiego korytarzu o idyllicznym wystroju. stawka, jaką zapłacił Styles za dziewięćdziesiąt minut groteskowych wygibasów pod batutą Tima, przypuszczalnie wyjaśnia obecność małego ogródka skalnego i niskiego mostka, po którym Harry musi przejść po drodze do sali, gdzie zebrał się już ponad tuzin przesadnie spiętych zaawansowanych uczestników spotkania. każdy z nich jest umundurowany w komplet do jogi, uzbrojony w kolorową matę  i wyposażony w baterię butelek Nagene  z wodą.
– ćwiczyłam powitanie słońca. – zwierza się maksymalnie wyboksowana kobieta swojej towarzyszce. obie są w zasadzie nie do odróżnienia za sprawą naciągniętej skóry, identycznych pasemek w ufarbowanych ręką mistrza blond włosach i otaczającej je aury ogólnego nieróbstwa.
– już dobrze, nie denerwuj się, Lauren. jestem pewna, że pójdzie ci świetnie. – odpowiada druga kobieta. pierwsza tylko się wzdryga napływie lęku tak wielkiego, że niemal znajduje odbicie na jej nieruchomej od botoksu twarzy.
– a co jeśli... – zaczyna, ale zostaje natychmiast uciszona.
– nie poduszczaj do siebie takiej możliwości. musisz nastawić się pozytywnie. – uspokaja ją numer dwa.
Styles myśli, że to jak najbardziej pasuje, iż lekcje jogi z Timothée'm są jednocześnie lekcjami poglądowymi psychoterroru. nie spodziewałby się niczego innego po swoim skarbie.
roi się właśnie, jak atrakcyjnie będzie wyglądał rozwścieczony Tim, gdy tylko zauważy, że Harry zjawił się na jego kursie, kiedy otwierają się tylne drzwi i Timothée wchodzi do sali, nieskazitelny w czarnej koszulce i luźnych szarych spodniach.
– boże – odzywa się do Styles'a, unosząc brew. – serio?
Styles przywołuje na usta najbezczelniejszy ze swoich uśmiechów.
– Ashton twierdzi, że jestem zestresowany.
Timothée przewraca oczami.
– jeśli już, to powinieneś wziąć udział w zajęciach dla początkujących
– po pierwsze, obrażasz mnie założeniem, że brak mi jakiegokolwiek doświadczenia  mówi Styles, a gdy Tim nie przestaje gromić go wzrokiem, dodaje: – a po drugie, ty nie prowadzisz kursów dla początkujących. sprawdzałem.
– boże, będą z tobą problemy. – ucina Timothée, a potem przechodzi na przód klasy, klaszcze w dłonie i woła: – witam i proszę wszystkich o zajęcie miejsc!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz